środa, 20 kwietnia 2016

Wiersz w czterech aktach.

Słyszę wiatr wdzierający się przez nieszczelność okien.
Widzę jak białe, miękkie chmury przesuwają się niespiesznie po błękitnym niebie.
Rześkie powietrze orzeźwia moją skórę,
sprawiając że drobne włoski wyciągają swe ciekawe główki ku górze.
Na parapecie stoi storczyk – prezent na „ocieplenie domu”.
W połączeniu z okalającą go okienną ramą wygląda niczym obraz.
Czy cieszy się światłem?

'''

Nie mam wielu uczuć w tej chwili w sobie
- wdzięczność za to co widzę
oraz za to że jestem bezpieczna.
Głębiej ukryty jest strach,
że niedługo przestanę być bezpieczna i
że znowu zrobiłam coś źle
- niezbywalne poczucie winy,
że się człowiek w ogóle urodził;
żyje we mnie jak małe zwierzątko
o małych płucach i wielkich oczach.

Jest też zmęczenie
wielością wyborów i brakiem instrukcji
na to jak mogę mieć szczęśliwe życie.
Wije się wzdłuż kręgosłupa
i atakuje nogi zginając je lekko,
żeby się można było wygodniej
ułożyć na kanapie.

'''

Krajobraz myśli raczej montonny:

  • powinnam znaleźć pracę na etat
  • albo przynajmniej posprzątać w domu
  • powinnam skończyć tłumaczyć książkę
    skoro dałam słowo pomimo tego, że już mi się nie chce
  • powinnam wziąć prysznic i zrobić jogę
  • trzeba było zadzwonić
  • teraz pomyślą, że jestem tchórzem
  • nie powinnam być tchórzem
  • nie pownnam myśleć, że nie powinnam być tchórzem
Ponieważ ilość powinności przytłacza,
siedzę na kanapię i patrzę przez okno.
Nie robię nic.

'''
A kiedy myślę o tobie, to zła jestem,
że w takim pośpiechu dzisiaj wyszedłeś.
Zrobiłam ci kawę,
żeby było miło.
Nie lubię gdy cię nie ma,
bo wtedy słyszę samotność
małej dziewczynki
kwilącą cicho

w ciemnej komancie pamięci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz